Ilona Pawełoszek

Blog i laboratorium cyfrowych technologii w zarządzaniu

Nie zostałam informatykiem. Informatyka została ze mną

Młoda kobieta siedząca przy komputerze IBM XT z monitorem CRT i klawiaturą, lata 90., wczesna era komputerów osobistych.

Mój pierwszy komputer to był Commodore C16. Programy wczytywało się z kaset magnetofonowych – długo, cierpliwie i z ryzykiem, że na końcu pojawi się błąd i wszystko trzeba będzie zacząć od nowa. To było jeszcze przed C64, który dziś wszyscy kojarzą. I już wtedy bardziej niż same gry interesowało mnie to, jak one są zrobione i dlaczego w ogóle działają.

Potem były inne komputery: Sinclair, Atari, Amiga (ta była od kolegi). Każdy trochę inny, każdy z inną logiką. Gry oczywiście były ważne, ale bardzo szybko ciekawość przesuwała się gdzie indziej – z efektu na mechanizm. Chciałam nie tylko przejść grę, ale zrozumieć, jak ona została wymyślona. Marzyłam, żeby kiedyś zrobić coś własnego, według własnego scenariusza.

Gdy miałam czternaście lat, tata kupił mi IBM XT. Bardzo drogi komputer, jak na tamte czasy. Powiedział tylko: „dziecko, to jest przyszłość”. Ja tej przyszłości długo nie widziałam. Na IBM-ie nie było takich gier jak na Amidze, nie było zachwytu ani fajerwerków. Przez kilka lat wydawał mi się maszyną kompletnie nieatrakcyjną.

Dopiero na studiach zrozumiałam, co ojciec miał na myśli. Liczenie, tabele, teksty do druku, porządkowanie danych – nagle okazało się, że ten „nudny” komputer daje realną sprawczość. Nawet na IBM XT pisałam programy na zaliczenia. U nas była to opcja „dla chętnych”, coś ekstra. Czasem dawałam gotowy kod kolegom, mówiąc tylko, żeby zmienili nazwy zmiennych z a, b, c na x, y, z, żeby prowadząca się nie zorientowała.

Najlepiej pamiętam jednak jeden moment z analizy finansowej. Przedmiot bardzo trudny, pełen wzorów, które trzeba było po prostu zapamiętać. Prowadząca powiedziała wtedy, że jeśli ktoś napisze program do analizy, to nie musi pisać kolokwium. I to był dla mnie wybór oczywisty. Po co mam uczyć się wzorów na pamięć, skoro mogę je zakodować i odtworzyć dokładnie wtedy, gdy są potrzebne?

Napisałam więc program w Turbo Pascalu. Z wyborem rodzaju analizy, z okienkami w trybie tekstowym, z logiką, która prowadziła użytkownika krok po kroku. To nie było „oszukiwanie systemu”. To był dokładnie ten sam materiał, tylko przetworzony w sposób, który był dla mnie naturalny: jako mechanizm, nie jako zbiór formuł.

I chyba wtedy po raz pierwszy bardzo wyraźnie zobaczyłam różnicę między uczeniem się treści a uczeniem się struktury. Mi zawsze bliżej było do tego drugiego.

Kiedy później trafiłam do katedry Informatyki Ekonomicznej, byłam przekonana, że będę zajmować się informatyką. Dość szybko zostałam jednak uświadomiona, że moja rola będzie inna: modele, koncepcje, analiza, teoria. Nie pisanie programów. I tak rzeczywiście się stało.

Nie zostałam zawodowym informatykiem. A mimo to informatyka nigdy nie przestała być dla mnie pierwsza. Myślę algorytmami, strukturami, zależnościami. Gdy dziś zajmuję się AI, systemami czy automatyzacją, nie widzę w nich magii ani marketingu – widzę mechanizmy, ograniczenia i konsekwencje decyzji projektowych.

Czasem mam jednak poczucie, że to, co robię, jest „tylko teorią”. Że zamiast kodu piszę ankiety. Że zamiast sprawdzać, czy coś działa, opisuję, co ludzie deklarują, że działa. I to uczucie wraca regularnie.

Dopiero niedawno zrozumiałam, że to nie jest żal za niewybraną ścieżką. To raczej napięcie między kompetencją pierwotną a tym, co system potrafi zagospodarować. Nie każda pasja technologiczna kończy się zawodem. Ale bardzo często kończy się sposobem myślenia, który zostaje na zawsze.

Piszę ten tekst także z myślą o rodzicach. Rozwijanie pasji dzieci ma sens – nawet jeśli nie prowadzi tam, gdzie się spodziewamy. Kompetencje rzadko idą prostą linią. Czasem zmieniają formę, czasem „przebierają się” w inne role. Ale nie znikają.

Proste gry i programy pisałam nie dlatego, że planowałam karierę w IT, ale dlatego, że była to jedyna droga, by coś mieć i coś zrozumieć. To była kreatywność z konieczności, nie z wyboru.

A o tym, co z kolejnymi pokoleniami – tymi, które nie zaznały niedoboru, tylko wyboru – przekonamy się dopiero za kilkanaście, kilkadziesiąt lat.

P.S.
Na zdjęciu widać mysz z trzema przyciskami, podłączaną przez port szeregowy (COM). Żeby mysz w ogóle działała w DOS-ie, po starcie systemu trzeba było wpisać polecenie aby uruchomić sterownik (pamiętam nazwę wittyms, szczegóły składni zatarły się z czasem) 😁.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *